Howard P DBS
Home Page Nadesłane przeżycia (NDE) Napisz o swoim przeżyciu





Z ogromną wdzięcznością dla Kevina Williamsa - autora strony     - za jego ogromny wkład w badania nad NDE oraz za udostępnienie tej relacji Fundacji NDERF . Brak poczucia "własności" takich przekazów jest jednym z prawdziwych znaków wiarygodności badań nad NDE - one istnieją dla wszystkich!

Poniższy fragment pochodzi z broszury Howarda Pittmana zatytułowanej "Placebo", opublikowany za zgodą autora. Książeczkę, w której opisał swoje niezwykłe NDE, można kupić na jego stronie internetowej.

OPIS DOŚWIADCZENIA:

"Kiedy aniołowie unieśli mojego ducha z ciała, natychmiast zanieśli mnie do drugiego nieba. Nie musieliśmy opuszczać sali szpitalnej, by tam wejść - wkroczyliśmy do niego w tym samym pomieszczeniu, w którym leżało moje ciało, po prostu przechodząc przez ścianę innego wymiaru. To ściana, przez którą ciało nie może przeniknąć - jedynie duch.

Kiedy przeniknęliśmy przez tę ścianę wymiaru do drugiego nieba, znalazłem się w zupełnie innym świecie - tak odmiennym od wszystkiego, co kiedykolwiek mogłem sobie wyobrazić.

Kiedy najpierw dotarłem do drugiego nieba, od razu wiedziałem, w jakim kierunku muszę się udać, by dotrzeć do trzeciego nieba, gdzie przebywa Bóg. Nie wiem, skąd to wiedziałem - po prostu wiedziałem. Czułem też, że jeśli moja modlitwa ma zostać wysłuchana, muszę stanąć przed samym  Bogiem Ojcem w trzecim niebie. Miałem pełną świadomość, że poruszam się w tym duchowym świecie pod opieką Ducha Świętego, a aniołowie, którzy mi towarzyszyli, również działali pod Jego ochroną.

Kiedy poruszaliśmy się po tamtym świecie, poczułem ogromne rozczarowanie, że moi przewodnicy nie prowadzili mnie w stronę trzeciego nieba, gdzie przebywa Bóg. Zamiast tego ruszyliśmy w przeciwnym kierunku. Przemieszczając się z miejsca na miejsce w tamtym świecie, nauczyłem się wielu rzeczy o demonach.

W świecie duchowym wszystko działo się inaczej niż w tym fizycznym. Na przykład - nie porozumiewaliśmy się ustami ani uszami, lecz umysłem. To było tak, jakbyśmy wysyłali słowa na falach myśli i w ten sam sposób odbierali odpowiedzi. Mogłem wciąż myśleć "dla siebie", bez wysyłania tych myśli na zewnątrz ale szybko odkryłem, że nie ma to większego sensu, ponieważ aniołowie i tak potrafili czytać moje myśli.

W tamtym świecie słyszałem różne dźwięki, ale nie słyszałem ich uszami. Słyszałem je umysłem, a mimo to odbierałem je jak prawdziwe dźwięki. Podczas podróży poruszaliśmy się przeważnie z prędkością, którą nazwałem "szybkością myśli". Gdy podróżowaliśmy w ten sposób, nie czuło się żadnego ruchu - anioł mówił, dokąd zmierzamy, i natychmiast tam byliśmy.Zdarzały się jednak chwile, gdy nie podróżowaliśmy w ten sposób, i wtedy wyraźnie czułem ruch. Jedna z takich sytuacji miała miejsce, gdy zabrali mnie z powrotem do świata fizycznego i pozwolili zobaczyć, jak działają tutaj demony. Poruszaliśmy się wtedy jakby unosząc się na chmurze, a mimo to miałem pełne wrażenie ruchu.

Kiedy rozpoczęliśmy wędrówkę po drugim niebie, aniołowie zaczęli od pokazania mi różnych rodzajów demonów. Każdy demon ukazywał mi się w formie, która odzwierciedlała jego specjalizację - i wkrótce odkryłem, że w całym świecie demonów nie istnieje coś takiego jak "ogólny praktyk". Wszystkie demony są specjalistami w swoich dziedzinach. Każda z tych istot ma tylko jedną sferę działania, w której jest mistrzem.

W pewnym momencie tej wędrówki po drugim niebie obserwowałem demony w ich własnych grupach i ogarnęło mnie straszne uczucie. Było to przytłaczające, ciężkie, ponure wrażenie - jakby mrok przenikał do środka. To uczucie pojawiło się niedługo po tym, jak znalazłem się w drugim niebie, i zastanawiałem się , co je powoduje. Wtedy dowiedziałem się, że aniołowie potrafią czytać w myślach, bo mój anioł-opiekun powiedział do mnie "To uczucie, nad którym się zastanawiasz, wynika z faktu, że w tym świecie nie ma miłości". Anioł wyjaśnił mi, że w tym drugim niebie nie istnieje nawet iskra miłości. Pomyśl tylko - wszystkie te demony służą swojemu panu, którego nie kochają, a on panuje nad istotami, których sam nie kocha. Co gorsza, ich towarzysze współdziałają ze sobą przez wieczność, a żadne z nich nie darzy drugiego miłością.

Zacząłem się wtedy zastanawiać, jak wyglądałby nasz świat fizyczny, zwany pierwszym niebem, gdyby nie było w nim miłości. Gdyby Bóg nie wprowadził swojej miłości do naszego świata, żyli byśmy w atmosferze pozbawionej miłości, takiej jak w drugim niebie. To właśnie dzięki  temu, że Bóg dał nam swoją miłość, potrafimy odwzajemniać ją i okazywać sobie nawzajem. Czy potrafisz sobie wyobrazić, jak wyglądałby twój dom albo cała twoja społeczność, gdyby całkowicie zabrakło w niej miłości?

Moi przewodnicy powiedzieli mi wtedy, że chcą, abym zobaczył działalność demonów w świecie zewnętrznym. Zabrali mnie więc na zewnątrz szpitala, przenosząc prosto przez ceglaną ścianę na ulice miasta. Byłem zdumiony, obserwując wszystkich ludzi zajętych swoimi codziennymi sprawami - zupełnie nieświadomych, że są śledzeni przez istoty ze świata duchowego. Byłem całkowicie oszołomiony tym, co widziałem, i przeraziłem się, patrząc na demony o różnych kształtach i formach, które swobodnie poruszały się wśród ludzi.

Kiedy aniołowie uznali, że zobaczyłem już wystarczająco dużo z działania demonów w świecie fizycznym, zabrali mnie z powrotem do drugiego nieba, po prostu przenikając przez dzielącą ścianę wymiarów. Gdy znów znalazłem się w drugim niebie, mój przewodnik poprowadził mnie w kierunku trzeciego nieba, i wreszcie poczułem radość i ulgę. W końcu właśnie tam pragnąłem się dostać od początku. Nawet jednak na tym etapie moim głównym zmartwieniem wciąż było życie fizyczne.

Nagle dotarliśmy do miejsca o niezwykłym pięknie. Wiem, że wcześniej opisałem, jak straszne było drugie niebo, więc możesz sobie wyobrazić moje zdumienie, gdy zobaczyłem tam coś tak cudownego. Bóg nie pozwolił mi zachować w pamięci, dlaczego to miejsce było tak piękne, ale pamiętam , że było najpiękniejsze, jakie kiedykolwiek widziałem.Miejsce to wyglądało jak tunel, droga, dolina albo jakaś świetlista autostrada. Emanowało własnym, niezwykle jasnym światłem i było całkowicie otoczone niewidzialną osłoną. Wiedziałem, że ta niewidzialna osłona to ochrona Ducha Świętego.

Idąc tym tunelem - albo drogą, doliną, czy czymkolwiek to było - zobaczyłem istoty, które wyglądały jak ludzie. Zapytałem mojego przewodnika, kim oni są. Odpowiedział "To święci wracający do domu". Były to dusze chrześcijan, którzy zmarli na ziemi i teraz wracali do swojego prawdziwego domu. Każdemu z tych świętych towarzyszył przynajmniej jeden anioł stróż, a niektórzy mieli przy sobie całe zastępy aniołów.

Zastanawiałem się, dlaczego niektórym świętym towarzyszył tylko jeden anioł, a inni mieli wokół siebie całe zastępy. Obserwowałem, jak ci święci przechodzili drogą, którą musi podążyć dusza wracająca do domu. To właśnie było przejście z ziemi do trzeciego nieba.

Zamiast pozwolić mi wejść do środka, anioł zatrzymał mnie przed bramami, nieco z boku. Polecił mi, abym stał tam i obserwował, jak święci zostają wpuszczani do nieba. Zauważyłem wtedy coś zadziwiającego - święci mogli wchodzić tylko pojedynczo. Nie pozwalano, by dwie osoby przekroczyły bramy jednocześnie. Zastanawiało mnie to, lecz nigdy nie wyjaśniono mi, dlaczego tak jest.

Kiedy ostatni z pięćdziesięciu świętych wszedł do trzeciego nieba, ruszyłem za nimi, ale mój przewodnik zatrzymał mnie. Powiedział, że jeśli wejdę, nie będę mógł już wyjść i będę musiał tam pozostać, dopóki Ojciec sam mnie nie przywróci. Aniołowie wyjaśnili mi, że każdy, kto wejdzie do trzeciego nieba, musi tam pozostać, dopóki sam Chrystus nie sprowadzi go z powrotem do świata fizycznego.

Kiedy anioł powiedział, że nie mogę wejść, jeśli nie zamierzam zostać, zaprotestowałem "Ale jeśli nie będę mógł wyjść, moje ciało umrze! To przekreśli cały mój cel!" - odpowiedziałem stanowczo. Nawet w tamtym momencie moje fizyczne życie wciąż było dla mnie ważniejsze niż cokolwiek innego. Mój przewodnik polecił mi, bym stanął z boku bram i przedstawił swoją prośbę. Zapewnił mnie, że Bóg mnie wysłucha i odpowie.

Gdy stałem przed bramami, z nieba promieniowało poczucie radości, szczęścia i spełnienia. Czułem ciepło, które płynęło z nieba, a gdy przygotowywałem się, by przedstawić swoją prośbę, ogarnęło mnie potężne, pełne majestatu poczucie mocy Boga.

Śmiało stanąłem przed tronem i zacząłem przypominać Bogu, jak wspaniałe życie pełne miłości, uwielbienia i poświęcania prowadziłem dla Niego. Opowiedziałem Mu o wszystkich dziełach, które dokonałem, przypominając, że przyjąłem Go już jako bardzo młody człowiek i że służyłem Mu przez wszystkie te długie lata. Powiedziałem też, że znalazłem się teraz w trudnej sytuacji i tylko On może mi pomóc, dając mi przedłużenie życia w ciele. Bóg milczał, gdy mówiłem. A gdy skończyłem swoją prośbę, usłyszałem prawdziwy, słyszalny głos Boga, który mi odpowiedział.

Dźwięk Jego głosu spadł na mnie z góry, ponad bramami, jeszcze zanim doszły do mnie  same słowa. Ton Jego gniewu powalił mnie na twarz, gdy Bóg zaczął mówić mi, jak naprawdę wyglądało moje życie. Bóg powiedział mi, co naprawdę o mnie myśli - i o innych, którzy żyli podobnie jak ja. Wskazał, że moja wiara była martwa, że moje uczynki nie były Mu miłe, a moja praca była daremna. Powiedział, że to obrzydliwość, by prowadzić takie życie, a potem mieć czelność nazywać je życiem oddanym Bogu.

NIe mogłem uwierzyć, że Bóg mówi do mnie w ten sposób! Przecież służyłem Mu przez tyle lat! Byłem przekonany, że żyłem w sposób, który Mu się podobał! Kiedy wyliczał moje błędy, byłem pewien, że myli mnie z kimś innym. Nie miałem już w sobie żadnej siły, by się poruszyć - nie mówiąc już o sprzeciwie - a mimo to w środku ogarnęła mnie panika.

NIe mogłem dopuścić do siebie myśli, że Bóg naprawdę mówi o mnie! NIe chciałem wierzyć, że to, co powiedział, dotyczy właśnie mnie! Przez te wszystkie lata sądziłem, że czyniłem to wszystko dla Boga - a teraz On mi mówił, że robiłem to wyłącznie dla siebie. Nawet wtedy, gdy głosiłem kazania i świadczyłem o zbawiającej łasce Jezusa Chrystusa, czyniłem to po to, by uspokoić własne sumienie. Tak naprawdę wszystko, co kochałem i czyniłem na początku, było skierowane ku mnie samemu. Dopiero gdy zaspokoiłem swoje potrzeby i pragnienia, zabierałem się za "pracę dla Pana", by zagłuszyć wewnętrzny niepokój. W ten sposób moje priorytety zostały wypaczone i nie do przyjęcia. W rzeczywistości stałem się własnym fałszywym Bogiem. Dopiero teraz, gdy stałem przed NIm i byłem karcony , te dwa fragmenty Pisma stały się dla mnie zupełnie jasne w swoim prawdziwym znaczeniu. Kiedy bóg mówił mi o rzeczywistych motywach, po raz pierwszy zobaczyłem wyraźnie, jak martwe były moje uczynki. Gyd Bóg okazywał mi swój gniew, nie mogłem ani stać, ani mówić. Nie zostało we mnie żadnej siły - byłem jak mokra szmata, leżąca i wijąca się w bólu.

Trzeba podkreślić, że w żadnym momencie, gdy Bóg mnie karcił, nie powiedział, ,że nie jestem zbawiony, ani że moje imię nie znajduje się w Księdze Życia Baranka. Bóg w ogóle nie wspomniał o zbawieniu, lecz mówił jedynie o uczynkach, jakie przyniosło moje życie. Powiedział mi, że sposób, w jaki żyłem, był nie przyjęcia dla prawdziwego chrześcijanina. Gdy Bóg mówił o moich martwych uczynkach, wskazał, że są ludzie, którzy nie będą zbawieni, a myślą, że będą.

Kiedy Bóg skończył ze mną, rozmowa zakończyła się nagle, tak gwałtownie, jakby ktoś zakręcił kran. Nie było mi dane zatrzymać się ani choćby pomyśleć o tym, co Bóg powiedział. Aniołowie natychmiast mnie unieśli jakbym był mokrą szmatą, pozbawioną jakiejkolwiek siły. Całkowicie unicestwiony, nie byłem w stanie zebrać myśli.

Aniołowie zanieśli mnie z powrotem przez drugie niebo, przez ścianę wymiaru, aż do sali szpitalnej, gdzie leżało moje ciało. Dopiero gdy dotarłem do łóżka, na którym spoczywało moje ciało, odzyskałem panowanie nad sobą. Gdy je odzyskałem, gwałtownie zaprotestowałem "Nie! Nie! Bóg mi nie odpowiedział! Bóg nie powiedział ani tak, ani nie na moją prośbę! Proszę, błagam was, zabierzcie mnie z powrotem!" - błagałem aniołów.

Kiedy ponownie dotarłem przed trzecie niebo, zostałem poprowadzony w to samo miejsce, z którego wcześniej błagałem o wysłuchanie mojej sprawy. Tym razem nie byłem już tak śmiały - pamiętałem, jak wcześniej powalił mnie gniew Boga. Mimo to poprosiłem Boga o przysługę, a On mi  nie odpowiedział. Pragnąc usłyszeć Jego odpowiedź, niezależnie od tego, jaka by była, nieśmiało zacząłem ponownie błagać o wysłuchanie mojej sprawy.

Tym razem Bóg mnie nie powalił, lecz pozwolił mi mówić. Nie przemawiał do mnie w gniewie, lecz zaczął odpowiadać tonem współczucia. A zanim wszystko się skończyło, mówił już z żalem.

Rozpoczynając moją prośbę, cytowałem Bogu fragmenty Pisma i zacząłem opowiadać Mu o Ezechiaszu. Powiedziałem Bogu, że doszedłem do wniosku, iż Ezechiasz był typem "dobrego chłopca" - że intencje jego serca były czyste, lecz wydawało się, że nie potrafi przełożyć tych intencji na codzienne życie. Cały ja - nic nie znaczący, najmniejszy ze wszystkich stworzeń w Jego wszechświecie - targowałem się słowami z tym wielkim i pełnym majestatu Bogiem, który wszystko stworzył.

Powiedziałem "Ojcze, jeśli spełnisz tę prośbę, obiecuję Ci, że następnym razem postąpię lepiej".

Pan odpowiedział mi w ten sposób "Howardzie Pittman, już wcześniej składałeś obietnice". Bóg nie musiał mówić nic więcej. Tam przede mną ukazały się wszystkie obietnice, jakie złożyłem świętemu Bogu przez całe moje życie. Nie dotrzymałem ani jednej z tych obietnic. W taki czy inny sposób - wszystkie złamałem. Nie mając już nic do powiedzenia, bez słów, bez ucieczki, upadłem przed Nim na kolana. Jedyne co mogłem powiedzieć to "Amen" na własne potępienie. Wiedziałem, że gdyby Bóg w tej chwili strącił mnie w czeluście piekła, byłoby to sprawiedliwe - mógłbym powiedzieć jedynie "amen" na własne potępienie.

W tej chwili Bóg nie zażądał sprawiedliwości, lecz okazał miłosierdzie. Nagle zobaczyłem prawdę taką jaka jest i moja dusza napełniła się światłem. Ten potężny, pełen majestatu, wszechogarniający Bóg nie był już taki jak przedtem. Na tronie, w rozmowie ze mną, był mój prawdziwy Ojciec. Bóg przestał być odległy - stał się rzeczywistym, prawdziwym Ojcem. Po raz pierwszy w życiu dotarło do mnie, że jest moim prawdziwym Ojcem i najlepszym przyjacielem. Cudowna więź, jaką miałem ze swoim ziemskim ojcem, i miłość, którą się dzieliliśmy, stanęły mi nagle przed oczami - lecz spotęgowane tysiąckrotnie. Bo teraz byłem ze swoim prawdziwym Ojcem, tym, który kochał mnie tak bardzo, że zostawił całe swoje stworzenie, by zająć się mną - synem marnotrawnym.

Po raz pierwszy w życiu ujrzałem w wyobraźni, kim naprawdę jest Bóg. Po raz pierwszy spotkałem Boga takim, jakim jest naprawdę - moim prawdziwym Ojcem, moim najbliższym przyjacielem. Gdy świadomość tego, kim jest Bóg, zalała moją duszę, przyszło też wielkie, bolesne strapienie. Smutek pojawił się, gdy uświadomiłem sobie, że przez nieposłuszeństwo zraniłem mojego Ojca. To zrozumienie i ten żal przyniosły prawdziwy ból - nie tylko poczucie winy, lecz rzeczywisty, fizyczny  ból, podobny do tego, jakiego doświadcza się przy cielesnym zranieniu. W tym momencie Bóg zaczął przemawiać do mnie w smutku - ton jego głosu nie wyrażał już współczucia, lecz prawdziwy żal. Nagle pojąłem, że Bóg też cierpiał. Cierpiał, ponieważ ja cierpiałem. A będąc Bogiem prawdziwym i sprawiedliwym, musiał pozwolić mi doświadczyć bólu i nie mógł go ze mnie zdjąć. Jednak choć musiał pozwolić mi cierpieć, nie pozwolił, bym cierpiał sam. Bóg najwyższy, Najdoskonalszy, Stwórca wszystkiego, Ojciec wszystkich - nie pozwolił, bym cierpiał w samotności.

W tym momencie nagle zrozumiałem, że moje życie fizyczne wcale nie jest aż tak ważne. To , co naprawdę zaczęło mieć znaczenie, to to, czego pragnie mój Ojciec. Jego wola nagle stała się najważniejszą rzeczą w moim życiu, a moje własne życie przestało mieć znaczenie. Właśnie wtedy Bóg zwrócił mi życie fizyczne. Dopiero gdy dotarłem do miejsca, w którym moje życie przestało cokolwiek dla mnie znaczyć, Bóg mi je oddał. Teraz, gdy syn marnotrawny powrócił, Ojciec wreszcie mógł mówić. Bóg mógł mi wyjaśnić, po co odbyłem tę podróż do nieba, i że ma przesłanie, które pragnie, abym przekazał ludziom na ziemi.

Teraz powtórzę wam, punkt po punkcie, całe pięciopunktowe przesłanie, które Bóg dał mi, abym przekazał je dzisiejszemu światu.

Punkt pierwszy: "Dla tych , którzy nazywają siebie chrześcijanami - oto czasy Kościoła laodycejskiego , w których dziś żyjemy. Zdecydowana większość tak zwanych chrześcijan w rzeczywistości żyje w oszustwie. Mówią o Jezusie i bawią się w Kościół, a nie żyją według tego, co głoszą. Twierdzą, że są chrześcijanami, a potem żyją jak diabły. Kupili wielkie kłamstwo szatana, który mówi im, że wszystko jest w porządku. Wmawia im, że wystarczy chodzić do kościoła w niedzielę i na nabożeństwa w środku tygodnia, a poza tym mogą brać z życia, ile się da. W odniesieniu do swojego życia duchowego wierzą, że są zadowoleni i niczego im nie brakuje - a w rezultacie są jedynie letnimi chrześcijanami, o ile w ogóle można ich tak nazwać."

Punkt numer dwa:

"Szatan to osobisty diabeł"

Punkt numer trzy:

"Dla całego świata jest to drugi dzień Noego. Jak było za dni Noego, tak będzie w dniach przyjścia Syna Człowieczego. Ludzie nie zwracali uwagi na to, co mówił Noe, ani nie wierzyli, że cokolwiek ma się zmienić. Widzieli burzowe chmury na horyzoncie, a mimo to nie wierzyli, że deszcz jest bliski. Zauważcie, jak bliska jest dziś ta paralela:ludzkość widzi wszystkie znaki końca czasów, a jednak nie wierzy, że coś się zmieni. NIe wierzy w nadchodzące przyjście naszego Pana i nie przygotowuje się na spotkanie z Bogiem."

Punkt numer cztery:

"Ci, którzy uważają się za chrześcijan, mają być ambasadorami Chrystusa tu, na ziemi. NIkt nie może mieć prawdziwego świadectwa ani duchowej mocy w swoim życiu, jeśli nie żyje swoją wiarą nieustannie - dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Aby być prawdziwym chrześcijaninem, trzeba tą wiarą żyć, a nie tylko o niej mówić. Oddawanie czci Bogu ustami, a nie sercem, jest nie do przyjęcia. Ci , którzy przyjmują na siebie odpowiedzialność nauczania, głoszenia czy pełnienia jakiejkolwiek roli przywódczej, będą mieli wiele do wytłumaczenia przed Bogiem."

Punkt numer pięć:

"Bóg jest teraz w trakcie powoływania armii, za pomocą której jeszcze raz wstrząśnie tym starym światem. Działając przez swoich żołnierzy, Bóg dokona wielkich cudów, które zachwieją ustalonym porządkiem tak zwanej zorganizowanej religii, jaka istnieje dziś na świecie. Ci żołnierze, których Bóg teraz powołuje, ukażą moc Boga w jeszcze większym stopniu, niż uczynili to uczniowie w czasach Pięćdziesiątnicy. Rekrutacja rozpoczęła się już na dobre, ponieważ Bóg wkrótce dokona przez swoją armię wielkich cudów, które - jak obiecał - spełnią się zgodnie z Pismem. Jan Chrzciciel przyniósł na świat ducha Eliasza, choć sam nawet nie wiedział, że go posiada. Jan temu zaprzeczał, lecz Jezus potwierdził, że tak jest. Celem tego ducha było przygotowanie dróg na przyjście Pana. ""

blinkstar.gif (494 bytes) Rev. Howard Pittman

3 sierpnia 1979 roku Howard Pittman, baptystyczny pastor z trzydziestopięcioletnim stażem, zmarł na stole operacyjnym podczas zabiegu i przeżył NDE. Po tym , jak aniołowie pokazali mu drugie i trzecie niebo, został zaprowadzony przed sam tron Boga, gdzie otrzymał przesłanie, które miał przekazać światu. Powyżej znajduje się fragment broszury "Placebo", zamieszczony za zgodą autora, opisującej jego niezwykłe NDE. Jego broszury można zakupić na jego stronie internetowej

Informacje Ogólne:

Płeć: Mężczyzna